Halifax

W naturze tego gniewu nie było nic osobistego. Po prostu pustka odsyłająca donikąd, krzyk skierowany w ciemność wypełnioną groteskowymi rysunkami: płonąca głowa w lodówce, alegoria umysłu eksplodującego na skraju zamarzniętej przepaści. To my kilka lat wcześniej: tak nas postrzegano. Mężczyzna ścinający drzewo w środku nocy na jakimś zaśnieżonym odludziu, to również ty sprzed lat.

Fotografia, którą wysłałeś w nieprzygotowaną na to przyszłość, obraz, który zniszczył wszystko, choć wciąż nie jest tego najlepszym przykładem, ponieważ nie istnieją dobre przykłady, tak jak nie istnieje wystarczający przekład wspomnienia czyjegoś ja, jakim jest jego własny obraz pozbawiony dawnej, naturalnej natarczywości klimatu, w którym owo ja wzrastało przeciw wszelkim dotychczasowym przeciwieństwom losu, zmieniając je w przyjaźń i troskę, a także nieśmiałą formę miłości, z jaką winorośl oplata swój cień, a także z jaką ptak powraca do swojego gniazda, przebiwszy się przez początkowy ból i ciemność czasu, w którym zainstalowano chmurę posyłającą nam gniew i nieporozumienia, doszczętnie rujnujące koloryt minionych miesięcy.

A jednak pewnego dnia stajesz przed domem i myśl, że wydarzyło się zbyt wiele jest nie do zniesienia: „Całe nasze ziemskie zatrudnienie sprowadza się do typowo ludzkiej pracy zależnej od obcych i dziwnych kontrastów. Natura imituje jądro przyjemności niejako w opozycji do pamięci, zaostrzając różnicę między pamięcią jako taką, a jej różnymi niepokojącymi aspektami. Dlatego pośród spóźnionych, poślednich owoców jesieni czas dodaje do tego klasycznie północny blask rzeki, ponowne zjednoczenie całego sezonu w znieruchomiałej obręczy czasu, który przekształca ją w pamięć, klimat, w którym wspomnienie przypomina spadzisty, zielony teren”.

Umysł był wszystkim, co nam zostało, kiedy noce przybliżały się i oddalały, niczym fale przypływu łaskoczące nieruchomy brzeg. Teraz oko porusza się wzdłuż linii łączącej umysł z wybrzeżem, ponad falami i rozsypanym kluczem chichoczących mew, dostrzegając jedynie przestrzeń oraz cienie drzew, takie płaskie na brązowych deskach pomostu, sięgającego gdzieś dalej, wbrew perspektywie wyruszającej na jego spotkanie.



Coś w ciemności

W głębi domu trzasnęły drzwi, a cień na parkingu wydłużył się i zabrał okolicę jak fala, która ukradkiem pochłania plażę w czasie przypływu. W naturę tej relacji od początku wpisana była zdrada. Dlatego obecnie to, z czym przychodzimy do siebie, nie wyjaśniając niczego, oczekując więcej niż można by wywnioskować z hotelowych okien, za którymi widok skręca w stronę parku i świateł ściągających na siebie chłodną uwagę wieczora, to już zupełnie inna sprawa.

Również publiczne pomysły to krach. Minął nas samochód pokryty eksplodującymi kwiatami. Spójrzmy też na przedziwny pojazd księżniczki. Mnóstwo dzieci paraduje konno w wymyślnych strojach. To dość dziwne, zważywszy na porę roku. Pingwiny? Przed gumowym zamkiem zebrał się tłum gapiów. Urocze dzieciaki. Puszka zupy wbiegła na ulicę i właśnie wpadła pod wózek pełen beczek z piwem. Publiczność wymienia uściski dłoni z wołowiną w kontekście porzuconego koncertu. Wkrótce ten obraz urasta do rangi muzyki, wije się i ucieka przed wzrokiem utkwionym w czyichś włosach. Następnie piorunujące światło rzuca nas z powrotem między odległe fakty przyrody. Ktoś trzyma w ręku pieczoną małpkę, przysmak kolorowych mieszkańców Montanji.

Teraz obywatele gromadzą się w najważniejszych zakątkach miasta bardzo merytorycznie i malują obrazy gremialnego braku zrozumienia dla praw przysługujących – no właśnie, komu? „Po prostu zabrakło mi słów, wobec których lodowata pewność rzeczy i tak byłaby górą, pozostając w tym ciemnym, materialnym dole naszego uprzedzonego doń milczenia”. Całą tę scenerię napędza ukryty wodospad i z nieprzewidywalną energią ściąga naszą uwagę do zbiornika wymieszanych głosów – obraz rozrzucony przed wzrokiem na podobieństwo letniego dnia: budynki, ludzie i samochody, zapowiedź liści na szarych chodnikach, cień drzewa w nieprawdopodobnie wielkim mieście. Tymczasem półki uginają się od gwiazd, a społeczeństwo tkwi dalej gdzieś na zewnątrz, definiowane przez mrok.

Teoria ruiny (II)


- Panie Lee, jak się panu zdaje, dlaczego potrzebuje pan narkotyków?

- Potrzebuję ich, żeby rano wstać z łóżka, ogolić się i zjeść śniadanie.

-- Bill Burroughs


Dzień w parku, do którego nie docierasz. Polany są pełne szczególnego wrześniowego światła, które przechodzi w październik, a następnie w „zimne dni kurczącego się śniegu”.

Ktoś przechadza się ślepnącymi alejkami. Ktoś inny zostawił dziś notatkę na schodach: „Kiedy wchodzą gliny, wszyscy sztywnieją, choć nikt nic nie zrobił”. Społeczeństwo w ogóle ma się nie najlepiej. Wchodzisz jednymi drzwiami, wychodzisz innymi, ukradkiem oglądając się za siebie. To była robota kogoś, kto umiał dobrze sprzedać informacje na ten temat.

„Możesz mi zaufać”, szeptała gazeta we wnętrzu przestronnej biblioteki, jak gdyby fakty były czymś trwałym i oczywistym, dwuwymiarowym, jak zadrukowane płachty papieru, na których je ogłoszono. Spróbuj coś z nich zbudować. A teraz spróbuj to sprzedać. No widzisz. Dlatego teraz najlepiej odpocząć, wyjechać, lub po prostu wyłączyć nadajnik ukryty w klombach za domem. A później obserwować ciemne wykresy deszczu na tle oddalających się zabudowań, kiedy wszystkie wcześniejsze troski lecą jak przez sen w stronę nieważnych wniosków.

Tymczasem niektórzy widzą te sprawy inaczej. Wsiadają rano do samochodu i przedzierają się w stronę własnej architektury dnia, mijając przedmieścia, budynki użyteczności publicznej, całą tę fasadową politykę krajobrazu, w drodze do pracy. Żyjąc i pracując w interesie czegoś większego i nie całkiem zrozumiałego, firmują swoje prywatne, ograniczone potrzeby: krótkie, wypalone wakacje nad linią brzegową szerokości pocztówki; zupełnie nowe, kartonowe meble z popularnego katalogu; kolejne kredyty brane pod zastaw czasu, jaki im pozostał wewnątrz maszyny.

I to jest jak odkrywanie ukrytego obrazka przez łączenie punktów – czyjeś życie. Być może nawet twoje, lecz jesteś teraz zbyt daleko „za ścianą zieleni i bezsensownej gadaniny gawronów, żeby usłyszeć choćby sygnał telefonu” – jak utrzymuje piosenka. I wtedy myślisz o swoim nazwisku nabazgranym na marginesie anonimowego miasta. Gdzieś w środku ośnieżonego lasu – daleko na północy – właśnie przewraca się drzewo.

Przywitaj się ze swoim cieniem

Niewysoki człowiek, spotkany przypadkiem na tyłach supermarketu, poprosił mnie o drobną przysługę i na pożegnanie jakby mimochodem rzucił: „Przywitaj się ze swoim cieniem”. Ale cień, który wskazywał, nie należał do mnie, lecz do niebieskiej furgonetki stojącej na skraju parkingu. Z przedniego siedzenia dobiegały dźwięki jakiejś ożywionej rozmowy, przebijającej się przez szybką, połamaną muzykę (coś w stylu Nation Of Ulysses skrzyżowanego z Converge i wyciem twojego psa, błagającego o wypuszczenie z wnętrza rozgrzanego samochodu). „Ta płyta jest zajebista!”, krzyknął ktoś ze środka, wymachując z ekscytacją pięściami w stronę przedniej szyby. Znad poziomu deski rozdzielczej niewielka figurka świętego Krzysztofa spoglądała z przerażeniem w głąb furgonetki. Tymczasem niewysoki nieznajomy zawrócił w stronę zabudowań i chwilę później straciłem go z oczu. Podszedłem od strony kierowcy i spojrzałem pod stopy. W oleistym cieniu pojazdu leżała niewielka książeczka w ciemnej oprawie, być może notes lub kieszonkowa wersja modlitewnika. Na skórzanej okładce widniał niewielki grawerunek przedstawiający mężczyznę zaglądającego w głąb studni. Starannie wykaligrafowany napis pod spodem stanowił tytuł: „Fiona”.

Po wnikliwej lekturze jej zawartości, okazało się, że książeczka zawiera kilka stylizowanych na średniowieczne ryciny grafik przedstawiających: 1) bawiące się na skraju klifu dzieci, 2) płonącą ścianę do ćwiczeń strażackich, 3) człowieka z monetą na sznurku, 4) okręt w butelce, 5) szkic człowieka spoglądającego w głąb studni (tutaj jednak z podpisem: „Sześć ukrytych figur”) oraz 6) puste pomieszczenie z płonącą na jego środku świecą. Oprócz tego znajdował się tam również niestarannie nabazgrany tekst, którego fragment przedstawiam poniżej:

Na potrzeby publicznego kultu burmistrz uruchomił zieloną linię. Specjalny numer, którego poszczególne cyfry publikowane będą w kolejnych wydaniach policyjnego biuletynu, anonsuje troskę władz o dobre maniery podczas dorocznego festynu na rzecz struktur municypalnych. Zaplanowano zbiórkę pieniędzy, paradę karłów w zamkniętej przestrzeni drewnianego koloseum wzniesionego na tę okazję na centralnym placu miasta, pokazy strzeleckie psów, wyścigi bileterów kinowych, a także manewry delfinów w wodach mariny, fantazyjnie zabarwionej na fioletowo.

Impreza zapowiada się pysznie. Dziewczęta stroją się we wstążki: czerwone, żółte i czarne; chłopcy polerują rewolwery i spożywają świąteczne spaghetti, które ich matki przygotowują w wielkich aluminiowych baliach wystawianych na podwórzach.

Tymczasem Fiona obserwuje zatokę z wysokości płotu za domem pana Wiktora, obrysowując palcem zarys oddalającego się ratusza. Ratusz, zainstalowany na pokładzie barki, opuszcza właśnie wody zatoki, kierując się na swój popołudniowy patrol. „Chyba czas na obiad”, myśli Fiona i zeskakuje w swój cień na ulicy przyległej do domu pana Wiktora. Jest obrzydliwie głodna.

System to zbyt wiele

Wśród szpargałów pozostawionych przez H., oprócz notatek do dwóch nieukończonych powieści i obszernego eseju na temat czegoś, co nazywał „estetyką rezygnacji”, znajdujesz notes z wycinkami ze starych dzienników: niemieckie, brytyjskie oraz włoskie doniesienia na temat tajemniczych obozów pracy na Księżycu. Są tam też wzmianki dotyczące rezerwatu, gdzie w specjalnych warunkach miały być rzekomo przetrzymywane wybrane gatunki ziemskich zwierząt. Według różnych „niezależnych” źródeł rezerwat na Księżycu składać się miał z prehistorycznych gadów („wskrzeszone czy przetransportowane?” – dopisek ołówkiem), ptaków (Gobipteryx minuta, Palaelodus ambiquus, Struthis alexejevi etc.), a nawet ryb („chimery!”). Jego notatki na ten temat obejmowały rozmaite teorie dotyczące historii powstania sekretnej kolonii na Księżycu jeszcze podczas trwania II Wojny Światowej (spekulacje obejmowały również możliwość przeniesienia części laboratoriów z Nowej Szwabii): „Tak szeroko zakrojony projekt mógłby mieć coś wspólnego z ideą Arki, gdyby nie fakty wskazujące, że został on zapoczątkowany przez nazistów […]”. Te fantastyczne teorie, najwyraźniej popadając już wówczas w obłęd, H. klasyfikował w innym miejscu jako „prawdopodobne przyczyny ekonomicznego upadku III Rzeszy”. Jego umysł, wypełniony zagadkowymi detalami alternatywnych wersji historii ludzkości, dostrzegał wyłącznie ciemną stronę Księżyca. W zaciszu swojej sypialni na zagraconym piętrze, otoczony reprodukcjami płócien Luciena Freuda, Bacona, Boscha oraz Goi z lubością oddawał się eksperymentom z trudno dostępnymi odmianami LSD.

Wiele tygodni po jego śmierci gazety rozpisywały się o odkrytym na tyłach domu imponującym składzie broni oraz niewielkiej plantacji marihuany. „To na wypadek III wojny” – stwierdził pewnego razu, pospiesznie zamykając drzwi do składziku i kierując twoją uwagę w stronę ogrodu: „akacje rzucają o tej porze dnia specyficzny cień”. Sadził drzewa według ustalonego wzoru, który pielęgnował w swojej niepojętej wyobraźni przez całe świadome życie. Schlegel napisał kiedyś: zawsze trzeba mieć system. Napisał również: nigdy nie należy mieć systemu. Tymczasem całe życie H. było starannie zaprojektowanym systemem, który wykluczał dzieło przypadku. Czyste szaleństwo.

Pocztówki z przyszłości

[…] czaszka stopniowo zanika, aby zostać zastąpioną przez postać kobiety […]
-- Anonim

I

Jeśli pewnego wieczoru ktoś pożegna cię słowami: „Do zobaczenia jutro”, a następnego dnia obudzisz się wtulony w łyżkę do zmiany opon w jakimś nieznanym sobie miejscu, możesz spokojnie przyjąć, że życzył ci źle. Oczywiście nie ma sensu pogrążać się od razu w bezpodstawnych oskarżeniach. Takie rzeczy czasem się zdarzają. Po prostu. To mogła być równie dobrze kwestia dokonania kilku niewłaściwych wyborów. Jak w tej historii o facecie, który w przyjemny kwietniowy poranek bez wahania przekroczył próg pewnego pokoju w przekonaniu, że oczekuje tam na niego ktoś godny zaufania. No cóż. Pomylił budynki i to był koniec jego historii. Tymczasem w nieco jaśniejszych aspektach możemy podziwiać wspaniałe cienie, jakie rzuca niedokończony budynek na jednym z ostatnich płócien Charlesa Sheelera, jakby „prysznic ceglanego światła” przeciął horyzont i spoczął na czyjejś nieobecnej twarzy. Rzeczy takie jak ta dają pewne pojęcie na temat tego, czego jeszcze nie widzieliśmy, jak nieustanny strumień spraw, które płyną z przyszłości w przeszłość, odbierając nam po kawałku złudną pewność siebie w naszym nieustannym teraz, na podobieństwo rzeki podkradającej skrycie fundamenty domu postawionego na zbyt wysokim brzegu.

II

Według pewnej książki znajdujemy się teraz w innym miejscu, tak jak możemy upadać lub wznosić się ku temu co nieuniknione, jak sny, hazard i liście opuszczające drzewa pod naporem natarczywej argumentacji wiatru. Później zaniedbujemy zobowiązania, ponieważ pojawia się miłość, no więc miłość, zielone draperie plus trochę tego dekoracyjnego stylu, w jakim zima opuszcza region pozostawiając strumienie i krzewy w poprzednim porządku. I naprawdę sądzimy, że to w porządku okazywać uczucia jakby przez folię śmiechu i łez, a także wstydliwego zakłopotania, kiedy gaśnie muzyka i porzuca nas na brzegu własnej nieśmiałej aktywności. Wówczas zauważamy wokół ten sam nieład, pozostawiony jakby w trakcie rozmowy, poza kadrem obejmującym posiłek, zdrowy sen i zbyt niskie zarobki – tak wiele rzeczy, które mogłyby mieć jeszcze znaczenie, ale tyle rutyny przenika te dni, więc czy nie możemy się jej pozbyć choć na chwilę? Alkohol przemknął przez głowę, pozostawiając pragnienie – każdego dnia potężniejsze, jak niebo pokryte ołowiem, drzewa, w których skrywa się głowa oddzielona od ciągłego dnia, podczas gdy wieczorem pozostają jedynie skrupuły czepiające się czasu, jak nasiona w zębach. Ale na poziomie argumentów wszystko gra. Ten stary numer to przyszłość, przeszłość, która się jeszcze nie wydarzyła.

Nieprzeczytana wiadomość

Rozsądek wygwizdał nas po raz kolejny,
nie wiedząc dłużej czym jest, umysł
osiadł na mieliźnie, a wtedy – ups – pocałowałem
krzaki i złapałem gwiazdę za rękę
a ona na to: „wyluzuj, człowieku,
to nie średniowiecze – w końcu
epokę druku też mamy już za sobą i
takie wieści rozchodzą się jak z bicza”.
Przyjąłem to z pokorą godną lepszej sprawy,
ciągle zmęczony tarmosiłem twarz przez sen,
słysząc: „To czasopismo jest z ’69 – Które? –
To, które trzymasz w ręku”. Zegarek
w mojej dłoni omal nie eksplodował.

Później miesiącami przeciągałem ten stan,
notując na marginesach cudzych książek,
i pojawiła się nowa masa chłodu i szarówek,
kiedy szpaler ptaków na gzymsie wyznaczył
horyzont, czyli miejsce, w którym niebo
schodzi pod ziemię, a ja wraz z nim –
między wyniszczające gitary:
„Ten język przemawia za nich samych,
dlatego nie muszą robić nic więcej
lub tak im się przynajmniej zdaje”.
Późniejsze doniesienia dotyczą jakichś
konkretnych ekscesów. Być może tam byłem,
kto wie. Wszystkie zdjęcia są niewyraźne.